Dostań prace w korpo, bez znajomości (Excela)

Z cyklu: na własnej skórze.

 

Jak odkryłam, że jestem humanistką i co to ma wspólnego z tytułem tego wpisu?  

 

Kiedy po pierwszym semestrze gimnazjum zawaliłabym rok przez matematykę, stwierdziłam że jestem typową humanistką. Siedzę w książkach, lubię pisać. Nie jest tak, że liczb zupełnie nie ogarniam, robię to jednak na swój własny sposób. Studia pedagogiczny pogłębiły we mnie te humanistyczne instynkty. Z drugiej strony doza we mnie artystki, głowa w chmurach, a oko przy aparacie. Co to ma wspólnego z korpo, niewiele prawda? Jak to się jednak stało, że pół dnia spędzam na 9 piętrze szklanego biurowca? Mówią, że chcieć to móc i chyba mają rację.

 

Grunt to mieć plan B.

 

Zacznijmy od tego, że po liceum totalnie nie miałam pomysłu na przyszłość. Studia wybrałam z przypadku, nie znając siebie i zbyt polegając na opinii innych. Nauczyciel, krótki czas pracy, długie wakacje, plan idealny. Szybko okazało się, że w tej roli nie czuje się na miejscu, nie czerpie z niej satysfakcji, dzieci mnie nie lubią, ja ich i brak mi wystarczającej dawki empatii. Znacie te odczucia? Na szczęście miałam plan B i w między czasie skończyłam policealną szkołę związana z fotografią i reklamą. Nie wiązałam jednak nadziei z tą działką. Założyłam, że bez solidnych kwalifikacji raczej nic z tego. Pomimo to, nie spoczęłam na laurach (widać moje wewnętrzne ja baaardzo nie chciało wylądować w szkole) i swój wolny czas dzieliłam pomiędzy studia, które uparłam się skończyć,  staże związane z fotografią, czy marketingiem i w końcu działalność w organizacji studenckiej. To ostatnie, jak teraz analizuje, było pierwszym czynnikiem na drodze do miejsca, w którym się obecnie znajduje. Tak na marginesie, pewnie zastanawiacie się jak na to wszystko znalazłam czas. Uwierzcie, da się.  

 

Przypadek? Nie sądzę…

 

Było to tak. Pewnego, zwyczajnego dnia, moja percepcja wyłapała na fb informacje o spotkaniach rekrutacyjnych do organizacji studenckiej. Myślę sobie, łał, to takie coś w Polsce istnieje? Wybrałam się na takie spotkanie i dwa tygodnie później wyjechałam z grupą nieznanych mi osób, na weekend pod hasłem szkolenia i integracja. To była zdecydowanie dobra decyzja. Poznałam mnóstwo nowych ludzi, zagadnień i nowe horyzonty. Po co Wam to opowiadam, bo w tej całej historii ważny jest jeden, mały szczegół. Na tym oto wyjeździe dostałam biuletyn podsumowujący konkurs „Grasz o staż”. Jeżeli wiesz co to, to jesteś krok dalej, niż ja wtedy. Splot zdarzeń był zdecydowanie bardziej skomplikowany, ale upraszczając można powiedzieć, że dzięki Aegee dostałam szanse by być tym, kim chcę. Mieszanka przypadku, farta i mojej determinacji w jednym. Jak się domyślacie, wzięłam udział w kolejnej edycji konkursu stażowego, przyłożyłam się i wygrałam. Bez kwalifikacji, bez doświadczenia, bez miłości do Excela, bez znajomości. Odbyłam staż, w miesiąc nauczyłam się więcej, niż przez całe studia, uwierzyłam w siebie i zostałam dumnym pracownikiem domu mediowego.

 

Podsumowując, moje przesłanie dla Was, stwarzajcie sobie jak najwięcej możliwości, śledźcie to, co się dzieje i angażujcie się na wielu polach.

korpo dzieki aegee

Konkurs stażowy krok po kroku.

 

Na koniec trochę merytoryki, w której opowiem Wam, jak przebiegał proces mojego brania udziały w konkursie stażowym.

  1. Zaczęłam śledzić profil społecznościowy konkursu, dzięki czemu byłam na bieżąco z datami i świeżym info.
  2. Zrobiłam wywiad wśród znajomych. Podpytałam o szczegóły tych, którzy brali udział w poprzednich edycjach.
  3. Zastanowiłam się, co chcę w życiu robić.
  4. Przeczytałam regulamin konkursu ;] Tak, zrobiłam to.
  5. Zapoznałam się na spokojnie z systemem, zarejestrowała, wypełniłam potrzebne dane, zawsze robiąc kopię zapasową. Wbrew pozorom nie zajęło to chwili, bo aby moje wirtualne “cv” było kompletne, musiałam wyciągnąć różne papiery, umowy o pracę i certyfikaty i przypomnieć sobie, co i kiedy w życiu robiłam (wtedy jeszcze nie miałam tego zebranego, dopiero jak stworzyłam swój profil na LinkedIn, to nie muszę notorycznie grzebać w archiwach).
  6. Gdy pojawiły się oferty staży, wybrałam interesująca mnie branże i przejrzałam je.
  7. Przejrzałam je wielokrotnie.
  8. Wyselekcjonowałam firmy oraz ich propozycje.
  9. Posprawdzałam adresy firm i ich wizerunek w internecie.
  10. Stworzyłam listę 10 staży (tyle maksymalnie można było wybrać), układając je w kolejności od tego, który bym chciała odbywać najbardziej, do tego najsłabiej pożądanego. Główne kierowałam się opisem stanowiska, następnie zapisem o możliwości nawiązania dalszej współpracy, ostatecznie  lokalizacją.
  11. Ponieważ w moim konkursie trzeba było rozwiązać przynajmniej jedno zadanie, by móc aplikować na jakikolwiek staż, zrobiłam research, które zadania powinnam zrobić, na które stanowiska.
  12. W moim przypadku opisy staży często zawierały uwagę, że pierwszeństwo mają kandydaci, którzy zrobią takie, a takie zadanie, dlatego musiałam poustawiać również i zadania według priorytetów.
  13. Sprawdziłam, czy jakieś zadania się pokrywają, dotyczą więcej niż jednego stanowiska. Takie porównanie pozwoliło mi wyszczególnić 5 zadań z początkowych 10, tak bym mogła aplikować na każdy ze staży, które wybrałam.
  14. Wydrukowałam sobie zadania, przeczytałam ze sto razy, podkreśliłam kluczowe zdania w poleceniach i nosiłam wszystko ze sobą na uczelnie, żeby w każdej chwili móc zapisywać pomysły na rozwiązanie.
  15. Zbyt bardzo się przejmowałam i wyobrażałam te zadania jako mega trudne i pro (co nie było prawdą) i oczywiście, na niedługo przed deadlinem, usiadłam do komputera, by zrobić chociaż jedno.
  16. Prosiłam o pomoc, jeżeli potrzebowałam, konsultowałam się z innymi, pytałam o recenzję rodziny i znajomych. Zrobiłam wszystko zgodnie z instrukcją, nie mniej, nie więcej, treściwie i istotne(!) ładnie wizualnie. Sprawdziłam jeszcze raz, czy zawarłam wszystko zgodnie z poleceniem.
  17. Plan był inny, ale z 5 wybranych zrobiłam to jedno, jedyne zadanie, które mi najlepiej podeszło i wysłałam je na konkurs.
  18. Na rozmowie rekrutacyjnej byłam sobą. Zdenerwowałam się dopiero jak poprosili mnie o liczenie ;p Nie dałam się stresowi i udowodniłam sobie, że przecież umiem procenty. W racjonalnym myśleniu pomogła mi kartka i długopis, nic w tym stanie w pamięci!
  19. To była moja jedyna rozmowa, bo byłam nią, ludźmi i miejscem tak zachwycona, że odznaczyłam w systemie, że za więcej dziękuję, jestem zainteresowana tym i tylko tym stażem.
  20. Summa summarum dostałam się. To był pracodawca, którego zadanie rozwiązałam (dlatego warto wybrać konkretne zadanie, nie zrobić którekolwiek)  i choć była to dopiero moja 7 pozycja na liście wybranych staży, uważam że na start lepiej trafić nie mogłam :) (wcześniej po prostu się nie znałam).

 

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do działania i dałam wskazówki, jak można sobie taki  proces konkursu zorganizować, a czego lepiej nie robić. Gdybyście potrzebowali wsparcia, bądź uszczegółowienia, można zawsze do mnie napisać przez nasz oficjalny fanpage ;)